Przypominam sobie nie tak dawne rozmowy na tym forum na ten temat. Wielu twierdziło, że w Polsce nikt za klapsa do więzienia wsadzać nie będzie. Otóż całkiem możliwe, że ktoś kogoś jednak za klapsa wsadzi. Oraz za groźby karalne względem własnego dziecka. Matka dała klapsa, ojciec zagroził, ze domu przyleje, jak się dziecko nie uspokoi. Efekt? Rodzice mogą trafić do więzienia. A dziecko? Z pewnością lepiej będzie mu w domu pomocy albo innej pokrewnej instytucji. Zastanawia mnie jedno - co z tego dziecka wyrośnie? Bo jeśli państwo obdarło rodziców z godności a przy okazji odebrało instrument wychowawczy, to w zasadzie zwolniło tych rodziców z odpowiedzialności za wychowanie tego dziecka.
Wielu twierdziło, że w Polsce nikt za klapsa do więzienia wsadzać nie będzie. Otóż całkiem możliwe, że ktoś kogoś jednak za klapsa wsadzi.
Historia zna wiele przykładów, gdy w życie wchodziły głupie przepisy, których z początku nikt nie brał na poważnie, ale z czasem stawały się one istotnym narzędziem państwa do trzymania w ryzach własnych obywateli.
_________________ Socjalizm jest to ustrój, w którym bohatersko pokonuje się trudności nieznane w żadnym innym ustroju!
No właśnie ja też tego przepisu nie rozumiem. Nie powinnio się katować dziecka, ale danie małemu dziecku klapsa jest czymś dobrym, ponieważ człowiek musi odczuć, że coś jest złe.
Nie powinnio się katować dziecka, ale danie małemu dziecku klapsa jest czymś dobrym, ponieważ człowiek musi odczuć, że coś jest złe.
To nie jest kwestia dobra i zła. Te kwestie w ogóle powinno się zostawić na boku. To kwestia prawa rodziców do wychowywania własnych dzieci zgodnie z ich sumieniem i przekonaniami.
A dziecko można nauczyć rozróżniać dobro i zło bez klapsów, więc nie masz racji.
Czy dalej upieracie się, że rodzice mogą wychowywać dziecko jak chcą i nikt nie ma prawa się wtracać?
Użyłeś ważnego słowa, które jest kluczem do całej sprawy. To słowo to "wychowywać". Uważam, że rodzice mają prawo do wychowywania dzieci zgodnie ze swoim sumieniem. "Wychowywać" to nie znaczy jednak uczyć dziecka agresji, jak to widzimy ta tym filmie. "Wychowywać" to nie znaczy katować lub poniżać dziecko. Istnieje pewna granica pomiędzy wychowywaniem dziecka a sytuacjami, o których napisałem. Niestety prawo daje urzędnikom władzę, dzięki której mogą oni sami decydować w którym miejscu ta granica się znajduje. Ktoś kiedyś porównał państwo to gazu, który z natury dąży do zajęcia całej dostępnej przestrzeni. Tak więc urzędnicy uzbrojeni w narzędzie jakie daje im prawo zawsze będą zmierzać do przesuwania tej granicy tzn. powiększania zakresu sytuacji, które wg. nich stanowią zagrożenie dla dziecka. I tak dochodzimy do sytuacji, gdy rodzicom odbiera się dziecko, bo są biedni albo np. że dają dziecku klapsa. Skrajnym przykładem, może nie polskim ale w jakimś sensie z Polską związanym, jest sprawa dziewczynki, którą norweskie władze odebrały polskim rodzicom i umieściły w rodzinie zastępczej. Powodem miało być to, że dziecko było smutne. Nikt nie raczył nawet sprawdzić jaka była tego przyczyna. Dla dobra dziecka zabrano je rodzicom i umieszczono u zupełnie obcych ludzi. Jakoś żaden urzędnik nie zastanawiał się nad tym jaką traumę może przeżywać dziewczynka, którą nagle odrywa się od rodziny.
_________________ Socjalizm jest to ustrój, w którym bohatersko pokonuje się trudności nieznane w żadnym innym ustroju!
Czy dalej upieracie się, że rodzice mogą wychowywać dziecko jak chcą i nikt nie ma prawa się wtracać?
Przecież ten facet właśnie wychowywał dziecko jak chciał. Twoje państwo okazało się bezsilne i nieskuteczne, bo gdyby nie głupota ojca, nie byłoby sprawy. Teraz świętujecie wielki sukces, bo państwo przyjrzy się sprawie. To nic, że filmik ma dwa lata, a dziecko mieszka z matką.
I tak, ja nadal uważam, że nikt nie ma prawa się wtrącać. Według mnie nie jest to właściwy sposób na wychowywanie dziecka, ale każdy może mieć inne spojrzenie na tę sprawę.
[ Dodano: 2011-12-12, 08:28 ]
A to kolejny wielki sukces państwa w walce o prawidłowy kształt rodziny:
Pani Teresa ma żal do siebie, że nie udało jej się ochronić Wojtka przed domem dziecka. Chłopiec opowiada jej, że był bity, kopany, znęcano się nad nim. Że kiedyś, gdy inny z wychowanków wylał na niego talerz zupy, nikt nie zareagował.
To wystarczy za komentarz. Zamienił stryjek siekierkę na kijek, jak to mawiają. Taki sam los czeka chłopca z filmiku - Mołojec się ucieszy, że nie będzie już wychowywany przez zwyrodniałych rodziców, natomiast to, że być może będzie bity i maltretowany w domu dziecka, to już nie jego zmartwienie.
W porządku. Tylko ja chciałbym zwrócić uwagę na inną stronę. Czemu jeżeli rodzice dają dziecku klapsa, albo stosują inne (brutalniejsze) kary fizyczne względem niego, to oczywiście większość mówi to co ty, czyli, że państwo nie powinno ingerować we władzę rodzicielską, że państwo nie może mówić rodzicom jak mają wychowywać własne dziecko itp. Wszystko by się zgadzało, żeby to działało w drugą stronę. Dlaczego zatem jednocześnie wielu osobom (często tym samym, którzy tak bardzo bronią rodziców bijących własne dzieci w celach wychowawczych), nie podoba się, że 15-17 latek w nocy bawi się na dyskotece? Czemu zatem rodzice w jednych sprawach korzystają z władzy wychowawczej (lanie dziecka) a w innych nie (jeżeli pozwalają mu na coś, na co wszechwładne, upierdliwe społeczeństwo, stojące ponad oficjalnym prawem nie zezwala). Żadna ustawa nie uzależnia od osiągnięcia pełnoletności akurat wyjścia z domu w zależności od tego, czy świeci słoneczko czy księżyc. Zatem dlaczego rodzic, który ma zaufanie do własnego dziecka (i chce żeby ono miało do niego), nie może w ramach przysługującej mu władzy rodzicielskiej, pozwolić własnemu dziecku na wyjście z domu także w nocy? Może właśnie akurat w ten sposób chce go nauczyć odpowiedzialności za własne czyny i dać mu szansę taką odpowiedzialnością się wykazać? Bo nastolatek by wiedział, że jeżeli się schla i zdemoluje lokal przez ładne kilka latek będzie musiał meldować się w domu np. o 19. Sądzę zatem, że społeczeństwo zezwalając rodzicowi na represyjne traktowanie dziecka (np. bicie), a sprzeciwstawiając się liberalnemu (np. zabawa na dyskotece), tak naprawdę wcale nie broni władzy rodzicielskiej samej w sobie, tylko w ukryty sposób chce narzucić rodzicom jej określony model. Bo w gruncie rzeczy, żadne z zachowań, które społeczeństwo uzaleznia od dorosłości, ma z nią cokolwiek lub wiele wspólnego. Różnicuje co najwyżej małe dzieci od dorosłych. Takie sprawy jak seks, picie alkoholu, zabawa w nocy na dyskotece itp. służą jedynie utrzymaniu społecznej hierarchii, w której to dorośli mogą wszystko zrobić, a nieletni nic lub nie wiele. Za jedne zachowania wini się przede wszystkim rodziców (np. przebywanie nieletnich poza domem w nocy), za inne przede wszystkim samych nastolatków ( np. seks przed 18-stką). Jedno natomiast pozostaje niezmienne. Dorosły sam decyduje a własnym życiu, nie ocenia się jego perwersyjnych (często) zachowań seksualnych, bo dorośli się wzajemnie szanują i traktują siebie na równi. Każdy dorosły przecież podświadomie zdaje sobie sprawę, że teraz on naruszy prywatność innej osoby (równej sobie), a innym razem to druga osoba zajmie się jego moralnością. Jednak w przypadku traktowania niepełnoletnich zasada wzajemnego szacunku nie obowiązuje. To dziecko ma szanować dorosłego, ale dorosły już nie musi szanować nieletniego. Dlatego jeżeli nieletni robi coś, co społeczenstwo rezerwuje wyłącznie dla dorosłych, społeczeństwo się zawsze przypieprza. On sam spotyka się z chamstwem, prymitywnym poniżaniem go, jego rodzice natomiast z oskarżeniem o rzekome zaniedbywanie własnego dziecka, mimo, że nikomu nie stała się krzywda, poza oczywiście pełnej buty, arogancji i skrajnej megalomanii dorosłej części społeczeństwa, emocjonalnie cierpiącej z tego powodu, że nieletni w ogóle śmiał zrobić coś do czego tylko dorosły człowiek miał prawo. I jeszcze ta podwójna moralność. Na forach w internecie pełno jest postów o wyuzdanych formach zaspokojenia popędu seksualnego, o przeróżnych sposobach tortur w czasie BDSM. Jak jakiś news dotyczy seksu w miejscu publicznym, każdy z internautów rozpisuje się w jakich to przeróżnych dziwnych miejscach uprawiał seks (ławka w parku, pociag, autobus itp.). Oczywiście nikt nikogo nie krytykuje, ani za przyznawanie się do perwersji ani do seksu w miejscu publicznym. Bo piszą dorośli do dorosłych. Ale jeżeli pojawia się artykuł o tym jak to uczeń uprawiał seks w szkolnej toalecie wszyscy nagle się umoralniają. Nikt już nie rozczula się wspomnieniami o własnym seksie pod krzaczkiem w parku. Każdy zamienia się w surowego recenzenta. Wszyscy narzekają jakie to obecne pokoleje jest moralnie zepsute, a jego było takie wspaniałe. Tylko co ma być tym kryterium oceny, czy jakieś zachowanie się napiętnuje, a jakieś akceptuje, a przynajmniej nie osądza? Pełnoletność? Czy to miałoby oznaczać, że jeżeli 17-latek uprawia seks w miejscu publicznym to jest zdegenerowany moralnie, a jeżeli robi to samo kilka miesięcy później, gdy właśnie skonczy 18 lat, to już wszystko jest ok? Jak można być aż tak zakłamanym i krytykować rzeczy, które się samemu robi? Tylko z tą różnicą, że się dostaje amnezji, jeżeli sprawa dotyczy nieletnich, a się przypomina o nich, gdy temat dotyczy dorosłych.
Następna kwestia. Nie można utozsamiać praw dziecka z ochroną. Prawo to możliwość postępowania w określony sposób. Ochrona to, zagwarantowanie drugiej osobie bezpieczeństwa. I zawsze te pojęcia powinno się definiować w ten sam sposób. Dodatkowo gwarantem praw zawsze musi być państwo, a nie ktoś inny (np. rodzic). W ciągu życia jedynie proporcje między nimi się wyrównują. W pierwszch latach zycia dziecko powinno mieć zagwarantowaną wyłącznie ochronę, następnie powinno uzyskiwac coraz więcej praw, aż do dojścia do sytuacji, w której o wszystkim sam decyduje, a ochrona obejmuje go jedynie wówczas, gdy jest ofiarą przestępstwa. Ci natomiast, którzy tak głośno mówią prawach dziecka, w rzeczywistości chcą mu przyznać tylko jedno dodatkowe prawo-nietykalności cielesnej, co oznacza, że dziecko tak naprawdę jest dalej pozbawione ze strony państwa jakichkolwiek praw, bo prawa mogliby mu zagwarantować jedynie rodzice, i to w zależności od swego uznania. Zatem dziecko dalej pozostaje przedmiotem. Czasami jest przedmiotem, o które się troszczy, głaszcze i przytula; czasami przedmiotem, które można uderzyć, rzekomo dla jego dobra. Ale zawsze to rodzic ma decydować o jego życiu. Wg. tej lepszej, rzekomo tak postępowej teorii, kontrola rodzica nad dzieckiem dokonuje się nie przez bicie go, tylko przez wyznaczenie tu tzw. granic wolności. Czy rzeczywiście ma przez to wpływ na to co robi dziecko? Oczywiście, że nie. Dlatego tak naprawdę model całkowitej zależności dziecka od rodzica i wyalienowanie go od państwa nie uczy dziecka jak być lepszym człowiekiem, tylko jak być lepszym oszustem (np. jak znaleźć sklep, w którym sprzedadzą mu alkohol, jak dobrać dogodny czas, kiedy to już skończyło się lekcje, a rodzice jeszcze nie wrócili z pracy, żeby móc uprawiać seks z koleżanką itp.). Obwinia się często nastolatków o gówniarskie zachowania. Ludzie śmieją się z 15-latka, który czuje się dorosły, bo wypił jedno piwo. Ale kto mu wskazał, że picie piwa ma związek z dorosłością? On sam? Nie. Właśnie dorośli, którzy wymagają od niego absurdu, jakim jest pełna abstynencja przed 18-stką. Bo skoro dzieciak widzi, że pijąc tak dorosły napój jakim jest piwo, nie dzieje się mu się żadna krzywda, to znaczy, że w jego mniemaniu pijąc piwo stał się dorosły. Dlatego tak naprawdę współczesna kultura (kultura ludzi dorosłych) nie tylko nie ułatwia, ale wręcz nie pozwala nastolatkom dojrzeć. Bo niezależnie jaki się osiągnie poziom intelektualny czy moralny, to i tak prawa są z góry ustalone i nie uzyska się nowych, a tak naprawdę możliwość awansu w przypadku osób niepełnoletnich jest żadna. Bo co jest w stanie uzyskać nawet wybitnie zdolny uczeń np. z fizyki? Najwyżej możliwość dostania się na studia bez konieczności zdawania matury z fizyki i na tym koniec. Nie prowadziłby przecież badań naukowych, nie mógłby formułować własnych teorii fizycznych itp., chociaż w minionych wiekach zdarzali się wybitni naukowcy, którzy formułowali swoje największe dla ówczesnej nauki teorie w wieku nastoletnim.
Dlatego jestem zwolennikiem uelastycznienia pełnoletności. Nie powinni ją uzyskiwać wszyscy w jednakowym czasie. Górną granicą powinno być tak jak jest to teraz, czyli 18 lat. Obecnie prawo przewiduje tylko jeden przypadek uzyskania pełnoletności wcześniej (małżeństwo za zgodą sądu rodzinnego dziewczyny, która ukończyła 16 lat). Uważam takie rozwiązanie za niewystarczające. Dlatego proponuję wcześniejszą, nieograniczoną pełnoletność po ukończeniu 15 lat w następujących przypadkach: 1/ śmierci rodziców lub braku rodziców. Życie w pojedynkę w tym wieku może nie jest komfortowe, ale zawsze to lepsze i tańsze rozwiązanie niż życiu i utrzymanie małoletniego w domu dziecka. Życie w kilkudziesięcioosobowej komunie, gdzie się zdarzają gwałty i pobicia jest na pewno gorszym wyjściem. Dziecko oczywiście miałoby zapewnione mieszkanie i zasiłek, ale byłoby w pełni samodzielne 2/ na wniosek dziecka- w przypadku skonfliktowania się z rodzicami. Warunkiem by był obowiązek podjęcia przez niego pracy i zaciągnięcia kredytu na mieszkanie. W przypadku utraty pracy i nie znalezienia nowej w ciągu 3 miesięcy, traciłby pełnoletność i wracałby pod władzę rodzica 3/ w sytuacji złego traktowania dziecka przez rodzica (np. obrażania go, bicia)- tak jak w pkt 1/ (zasiłek+ mieszkanie zagwarantowane przez państwo) 4/ na podstawie decyzji prezydenta- za osiągnięcia sportowe, naukowe lub kulturalne. 5/ na wniosek rodziców- w wymiarze pełnym lub ograniczonym. Rodzic sam by wówczas decydował, które jego uprawnienia wyłącza z władzy rodzicielskiej i przekazuje je dziecku.
Oprócz uelastycznienia prawnej granicy pełnoletności, powinno się uelastycznić także wymagania stawiane nastolatkom. Nie powinno się oczekiwać od nich wyłącznie tego, żeby się uczyli. Oczywiście muszą się uczyć do pewnego wieku. Ale powinni móc także podejmować pracę a naukę kontynuować zaocznie lub wieczorowo. Doprowadziło by to do integracji nastolatków z dorosłymi. Bo dotychczas znana jest w wymiarze ogólnospołecznym jedynie relacja nieletni-dorosły, oparta na więzi pedagogicznej. Dziecko natomiast musi w niej zawsze podporządkowywać się wyznaczonemu mu miejscu w hierarchii. A jeżeli pojawiłby się nowy rodzaj relacji, w której dorosły nie byłby tylko rodzicem czy nauczycielem, ale mógłby być dla nastolatka także kolegą z pracy, zmieniłby się w sposób całkowicie naturalny, bez ingerencji ze strony panstwa, sposób traktowania nastolatków przez dorosłych. Bo łatwiej z poczuciem wyższości traktować kogoś, nad kim ma się z góry zapewnione posłuszeństwo, niż pracownika w tym samym zakładzie pracy, z którym na równych zasadach się rywalizuje o premię, awans itp. I ogólnie myślę, że w głębokiej reformie szkolnictwa, której przeprowadzenie jest absolutnyą koniecznością, priorytetem powinno się stać ogólne dostosowanie systemu edukacji do wymogów rynku pracy. Dlatego najważniejszym przedmiotem powinno być przygotowanie do prowadzenia działalności gospodarczej. Przedmiot ten powinien być calkowicie odmiennie wykładany niż wszystkie inne. Jego celem nie byłoby wbicie do głowy kolejnej porcji teorii, ale przygotowanie młodych ludzi do prowadzenia własnego biznesu, a podręcznik napisaliby sami przedsiębiorcy (i to ci najlepsi). Powinien on zawierać wskazania jak sobie radzić w konkretnych, trudnych sytuacjach, które mogą się zdarzyć na rynku i jakie decyzje należy wówczas podejmować. Należy stworzyć w szkole średniej także klasę o profilu przedsiębiorczym. W pierwszym roku nauki uczeń właściwie przez cały tydzień uzyskiwałby informacje jak prowadzić biznes, w sobotę miałby inne lekcje. W drugiej i trzeciej klasie od poniedziałku do piątku prowadziłby firmę, a w sobotę miałby lekcje, oczywiście w okrojonym programie.
Uelastycznienie zarówno w podejściu do zakresu obowiązków nastolatka, jak i w regulacji samej pełnoletności są konieczne też ze względu na to, że pełne prawa obywatelskie utożsamia się z byciem obywatelem, dlatego nieletni nie jest traktowany przez państwo jak obywatel tylko jak własność rodziców. W przypadku osób pełnoletnich każde działanie państwa musi mieć oparcie w przepisach prawa, a jeżeli nie ma- istnieje możliwość zaskarżenia jego działań. A jak jest w przypadku nieletnich? Niepełnoletni przebywający w nocy na ulicy, są odwożeni do domu przez policję, chociaż żaden przepis prawny nie daje prawa do organizowania organom bezpieczeństwa tego typu łapanek. Dalsze przykłady. Chociaż kodeks karny przewiduje karalność udostępniania pornografii osobom poniżej 15 r.ż, ściga się na wniosek rodziców tych, którzy pokazują pornografię osobom między 15 a 18 rokiem życia. Podstawą prawną jest przepis konstytucji, który musi, że każdy ma prawo rządać od państwa ochrony dzieci i młodzieży m.in przed demoralizacją. Tylko, że sądy zapomniały, że odpowiedzialność za złamanie konstytucji ponoszą przedstawiciele najwyższych władz w państwie przed Trybunałem Stanu i to tylko w związku z pełnionymi funkcjami państwowymi, a nie prywatna osoba, bo taka jest akurat zachcianka rodziców. Prywatne osoby odpowiadają na podstawie kodeksu karnego, a zgodnie z nim czynem zabronionym jest tylko czyn zakazany pod groźbą kary przez ustawę. A konstytucja nie jest ani ustawą (kodeksem karnym), ani nie przewiduje żadnej kary za demoralizację. Zatem jeżeli państwo jawnie, oficjalnie i bezczelnie łamie prawo w stosunku do dorosłych, przestaje być państwem demokratycznym. Ale jeżeli tak samo postępuje w stosunku do nieletnich- jak widać nie.
Jakie są skutki takiego traktowania nieletnich? Uważa się, że wychowanie ma służyć ochronie dzieci przez rodziców, którzy jako osoby madrzejsze, bardziej doświadczone, na wyższym poziomie rozwoju, lepiej wiedzą co jest dobre dla jego dziecka i lepiej go ochronią od krzywdy niż on sam. Czy tak jest w rzeczywistości? Zajmijmy się krzywdą. Głośno mówi się cały czas o pedofilii. Społeczeństwo troskliwe o los dziecka (oczywiście troskliwe tylko w jego własnym mniemaniu), chce go ochronić przed pedofilami. To jest teoria, a jaka jest praktyka? Liczba przypadków wykorzystywania seksualnego, mimo wzmocnienia możliwości prawnych, wcale się nie obniża. A co dużo istotniejsze, najczęściej sprawcami są ci, którzy w założeniu powinni najbardziej chronić dziecko, czyli rodzice i osoby z najbliższego kręgu rodziny. Jak w takich przypadkach reagują matki? Po czyjej stoją stronie? Własnego dziecka czy jego tatusia? Praktycznie zawsze po stronie zboczeńca. Co ciekawe, dużo więcej małżeństw rozpada się ze względu na wyższe zarobki żony. Ale związki, w których facet nie zadawala się pier... własnej partnerki, ale zainteresowanie seksualne rozszerza także w stronę dziecka jakoś trwają i mają się dobrze. Dziecko jest wykorzystywane latami za przyzwoleniem matek, które nie widzą, nie słyszą, nie wierzą. Ale w procesach rozwodowych, nagle kobiety sobie przypominają, że ich facet przez np. 10 lat gwałcił ich dziecko, i to przypominają nadzwyczaj nadgorliwie, bo posądzani są też często mężczyźni, którzy nigdy w życiu by w niewłaściwy sposób nawet nie dotknęli dziecka. Ciekawe jest podejście społeczenstwa do bierności matek. Jak facet nie obroni własnej kobiety i na jego oczach zostanie pobita lub zgwałcona, nikt nie wnika, czy nie obronił jej, bo nie chciał czy nie potrafił. Wyzywany jest od ciot itp. Ale jakoś w sytuacji, gdy matka latami nie reaguje, gdy jej facet dokonuje zbrodni na jej dziecku, wszyscy wykazują jakieś dziwne zrozumienie dla niej. Mówi się, że sama jest zastraszana, bita itp. Prawda jest często inna. Kobieta wcale nie jest zastraszana i bita. Nie pomaga dziecku, bo nie chce. Ale pomińmy tą sprawę. Załóżmy, żeby zgłosiła sprawę na policję. Może dostała by od faceta po ryju, może by ją skatował, albo nawet zabił. Ale co z tego? Uratowała by własne dziecko przed dużo gorszą krzywdą niż ją mogłaby spotkać ze strony partnera. A zresztą porównywanie krzywdy nie jest istotne. Bo to wcale nie kobieta powinna być chroniona w pierwszej kolejności, tylko dziecko. Ale społeczeństwo chce chronić przede wszystkim kobiety. Bo to kobiety, a nie dzieci budzą tak naprawdę miłość i troskę mężczyzn. Dlatego faceta się nie szanuje jak nie obroni własnej kobiety, bo go sparaliżował strach. Ale, jeżeli matka latami nie broni dziecka przed mężem-pedofilem, jakoś nikt jej nie ma tego za złe. Cały czas się lansuje błędną koncepcję, że to dorośli (głównie rodzice) powinni chronić dzieci przed krzywdą a nie one same. Więc nie porusza się w szkole w ogóle tamatu pedofilii, a jak się porusza-rodzice zwykle protestują. Bo jeżeli dziecko np. dowiedziałoby się, że tatuś nie może go dotykać w pewne miejsca i dodatkowo w ramach zajęć lekcyjnych odwiedziłoby budynek najbliższej prokuratury, gdzie mogłoby same zgłosić przestepstwo, to już się robi niebezpiecznie....dla tatusia. Lepiej upajać się nienawiścią do pedofili, cieszyć się, że są gwałceni w celi niż faktycznie skuteczniej zwalczać pedofilię. Dużo skuteczniej niż kastracja, elektroniczne obroża, przymusowe leczenie i wszystkie inne metody dotychczas stosowane. Bo by się okazało, że dzieci wcale nie są takie bezbronne, że nie potrzebują aż tak bardzo dorosłych jak im się to wmawia, że największymi ich oprawcami są rodzice. A to przecież zaburza hierarchię, w której to zawsze rodzice są na wyższym szczeblu niż dzieci, mają zawsze rację, działają dla ich dobra. Dlatego jestem za tym, żeby do koncza wieku ochronnego (czyli 15 r.ż), w szkole raz w tygodniu realizowane by były zajęcia z wychowania seksualnego (obowiązkowo, a nie za zgodą rodzicow). Do czwartej klasy włącznie na zajęciach tych mówiono by wyłącznie o pedofilii, a od piątej klasy- tematyka pedofilii uzupełniała by inne zagadnienia z zakresu przedmiotu.
Ostatnia już sprawa, którą poruszam to przemoc w szkołach, zwłaszcza w gimnazjach. Jak myślicie z czego ona wynika? Z braku dyscypliny? Z pobłażliwości rodziców i nauczycieli? Z braku autorytetów? Mówi się często, że dla nastolatków zamiast rodziców autorytetem staje się grupa rówieśnicza. Tylko, że problem w tym, że w społeczeństwie nastolatków, nie ma nie tylko dorosłych autorytetów, ale w ogóle dorosłych. Tworzą nie tylko zupełnie inną grupę, ale też zupełnie inne, drugie społeczenstwo. Stało się tak dlatego, że do dorosłego społeczeństwa nie zostali wpuszczeni. Nastolatkowie widzą przecież wyższość, wręcz lekceważenie jakie okazują im na co dzień dorośli. Dorośli mają zapewniony szacunek, status społeczny. To oni rządzą, decydują o wszystkim. A nieletni? Nie mają szacunku dorosłych, więc sami go szukają we własnej grupie rówieśniczej. A znajdują go, poniżając innych, słabszych od siebie psychicznie i fizycznie. Agresja nastolatków względem siebie trochę przypomina tą, jaką dorośli okazują nastolatkom, kiedy +naruszają ich terytorium+. Tylko w odróżnieniu od niej, agresja nastolatków nie wymaga uzasadnienia, dlatego jest aż tak bezwzględna i okrutna. Nie potrzebują, w przeciwieństwie do dorosłych, szczytnych hasełek o wychowaniu, żeby poniżyć 16-latka za to, że uprawia seks, mówiąc do niego, ze ma mleko pod nosem. Wystarczy mniej +kurtuazyjna+ idea, sprowadzająca się do hasła +a co mi zrobisz+.
Dokonana przeze mnie analiza jest długa i głęboka. Poświęciłem nawet film, żeby napisać tego posta. Tylko problem w tym, że społeczeństwo woli się aż tak nie wgłębiać. Szuka prostych recept na rozwiązanie bardzo trudnych problemów wychowawczych. Łatwiej jest przeciez dziecko bić czy kontrolować niż nauczyć być dobrym człowiekiem. Ale żeby wychować kogoś na dobrego człowieka, trzeba najpierw samemu nim być. A dorośli oczekują, że będą autorytetem dla dzieci tylko z racji swojego wieku. A taki autorytet faktycznie sprowadza się do władzy, hierarchii i gnojenia nastolatka, jeżeli przypadkiem +gówniarz robi to, do czego mu się nie przyznaje prawa+. Jeżeli mamy więc takie +autorytety+ dorosłych, nastolatkowie szukają też we własnej grupie autorytetów, opartych na podobnych zasadach. Ale czy dorosłych to tak naprawdę obchodzi, że co drugi gimnazjalista w Polsce jest zamieszany w przemoc (po stronie sprawcy lub ofiary)? Traktuje się to zjawisko jak każdy inny problem wychowawczy, taki sam jak alkohol czy papierosy. A często wręcz się mówi, że chłopak sam powinien się obronić przed agresją, że wtedy stwardnieje. Po co się zastanawiać, co czuje nastolatek, który nie może zasnąć, bo nie wie, co go może spotkać następnego dnia w szkole? Czy go tym razem rówieśnicy pobiją, upokorzą a może jednak dadzą wytchnienie przynajmniej na ten jeden dzień. Jak w toruńskim technikum banda gnoi upokorzyła nauczyciela, skandal był na całą Polskę. A ilu dzieciakom czy nastolatkom w tym czasie się stała krzywda, a nikt o tym nawet nie wspomniał? Bo przecież przemoc nastolatków nie zakłóca społecznej hierarchii, jest tylko jednym z wielu problemów. I to w cale nie najwazniejszym. Bo przecież rodzice mają poważniejsze sprawy na głowie, które też wolą przedyskutować tylko między sobą. A dzieci, młodzież? Nakarmiona, dobrze ubrana. Więc w czym problem? Wszystko jest przecież na swoim miejscu....
Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Życie na chwilę zwolni. Będzie więcej czasu na refleksję. Przemyślcie to co napisałem.
Ostatnio zmieniony przez moonlight243 2011-12-26, 23:20, w całości zmieniany 3 razy
Ale żeby wychować kogoś na dobrego człowieka, trzeba najpierw samemu nim być.
Słuszna uwaga. Ostatnio zetknąłem się z cytatem, świetnie streszczającym Twojego posta:
"Dzisiejszy człowiek, który żyje miłością i pięknem, to dziecko, które wczoraj żyło radośćią.". Generalnie Twoje pomysły w większości uważam za dziwne, niemniej rozumiem do czego zmierzasz i w pewnym sensie się z Tobą zgadzam.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach